piątek, 4 grudnia 2015

38. Zemsta jest słodka, Jessica już nie.

Hej misiaczki!
Znacie to uczucie, gdy po przeczytaniu książki nie wiecie co ze sobą zrobić? Kręcicie się w kółko, czytacie ponownie te same fragmenty i płaczecie nad zakończeniem? To się nazywa kac książkowy, ale nie myślcie sobie, że dotyczy on tylko i wyłącznie książek. Dotyczy to także spotkań z przyjaciółmi (kac towarzyski), filmów (kac filmowy) oraz seriali (kac serialowy). Ja właśnie zmagam się z tym ostatnim. Jeżeli śledzicie mojego facebooka to wiecie, że w ostatnich dniach zakochałam się w najnowszej produkcji Netflixa Jessica Jones. Powiem wam szczerze, nie czekałam jakoś bardzo na ten serial. Mimo iż w jednej z głównych ról obsadzono niesamowitego i lubianego przeze mnie Davida Tennanta, to jakoś zapomniałam o tej produkcji. Dopiero w dniu premiery, gdy zobaczyłam przepiękną serialową czołówkę, coś we mnie pękło i stwierdziłam, że nie mogę obejść obojętnie obok tej produkcji. No cóż, jak widać popełniłam błąd, bo teraz cierpię szukając na YouTubie coraz nowszych fanvidów.

W notce będę się też trochę odnosić do serialu Daredevil (Notka tutaj). Wiem, że nie powinnam tego robić, ale oba seriale należą do MCU oraz Netflixa, więc czasami trzeba dać sobie chwilę na porównanie co jest lepsze lub inne i czemu. 

Na Waszym miejscu zatkałabym uszy, gdy ten pan po prawej przemawia. 

Nadal jesteśmy gośćmi w nowojorskiej dzielnicy Hell's Kitchen (Dlaczego piszę, że nadal? Zerknijcie proszę na miejsce akcji serialowego Daredevila, bowiem dążymy tu do małego połączenia, ale to dopiero czeka nas w 2017 roku, nad czym płaczę, bardzo płaczę. Chcę to już!) i towarzyszymy młodej kobiecie – Jessice Jones w codziennym życiu. Wydawać może się Wam to teraz nudne, ale jej życie wcale nie jest takie zwyczajne. Nasza bohaterka jest detektywem, takim od zdrad. Ogólnie śledzi ludzi i zdobywa dowody na to, kto z kim poszedł do łóżka, mimo iż nie powinien. No i tu zaczyna się cała zabawa, ponieważ pewnego dnia do jej biura przychodzi małżeństwo, które prosi, aby Jessica pomogła odszukać ich córkę. Jessica się zgadza i okazuje się, że całe porwanie dziewczyny nie było przypadkowe, bowiem zamieszany w nie jest ktoś z przeszłości Jess. 

Jessica wie, że kaptur to najlepsze ukrycie podczas śledzenia innych. 

Jessica to kobieta, której żadna zdrowa na umyśle matka nie wybrałaby dla swojego syna na żonę. Jessica nie jest idealna. Jest to wyniszczona psychicznie jak i fizycznie osoba, ciągnąca za sobą bagaż doświadczeń. Od okresu nastoletniego życie dawało jej nieźle w kość. Jest pijaczką, w alkoholu, w ogromnych jego ilościach, zatapia swoje smutki. Jest totalną fleją, jej mieszkanie nigdy nie widziało szufelki ani zmiotki. Prawie przez cały czas chodzi w tych samych ciuchach. Puszcza się z kim tylko może. Gdy ktoś ją wkurzy nie boi się uderzyć go w twarz. Jest silniejsza niż typowy paker i tym może przerażać. Ma też strasznie cięty język i rzuca przekleństwami na prawo i lewo. Jessica ma jednak przejawy miłosierdzia. Nie jest ona aż tak wyprana z uczuć jak może się na początku wydawać. Ona stara się być dobra, tylko zwyczajnie jej to nie wychodzi. Ale mimo tych wszystkich wad budzi naszą sympatię. Jest przecież silna i samowystarczalna. Przez jej wszystkie wady staje się jeszcze bardziej autentyczna i pokazuje, że nie trzeba być odzianą w kusy strój superbohaterką, aby móc pomagać ludziom. Ona sama nie chce nią być. Mówi, że nie lubi latać, bo właściwie jej moc to jedynie długie skoki, bo nie umie tego kontrolować i w zasadzie tego nie lubi. Gdy dostaje po twarzy, rany nie goją jej się w trzy sekundy. Jest zwyczajnym człowiekiem, który niestety doświadczył w życiu wielu złych rzeczy, dlatego nie mamy nic przeciwko jej zachowaniu. Czasem wzbudza w nas nawet współczucie i wtedy możemy nawet chcieć ją przytulić. 

Kilgrave jest przerażający. Niech ten uśmiech Was nie zwiedzie. 

Z drugiej strony mamy na pozór miłego i uprzejmego Brytyjczyka, który swoim głosem hipnotyzuje. Z początku może Ci się wydawać, że to dobry człowiek, ale gdy rozkaże Ci odciąć sobie palec, zrobisz to. Nawet nie będziesz wiedział czemu, przecież boisz się ostrych przedmiotów, a jednak robisz wszystko czego on chce. Tak właśnie działa Kilgrave, czyli nasz główny czarny charakter. Mimo miłej i uśmiechniętej twarzy Davida Tennanta budzi strach i grozę. Wystarczy tylko, że czegoś zapragnie i wypowie to na głos każdy wykona jego polecenie. Jest to postać w pewnym sensie tragiczna, przepełniona goryczą i żalem do świata, który nie nauczył go jak kochać, jak być dobrym człowiekiem. Jak sam mówi jest podobny do Jessicki. Obydwoje przeszli w życiu piekło, obydwoje posiadają moce nierozumiane przez innych. Kilgrave jest inny niż reszta antagonistów, on nie działa agresywnie. O nie, nie lubi brudzić sobie rąk. I właśnie to jest w nim przerażające. Jedynym jego narzędziem jest głos. Nigdy nie zostawia odcisków palców, może zmanipulować każdego, bez wyjątku. 

Jeżeli chodzi o innych bohaterów to nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do ich kreacji. Każdy dostał swój niepowtarzalny i (co w sumie najważniejsze) ludzki charakter. Nie znajdziemy tu wyidealizowanych postaci, które zawsze wiedzą co robić i zawsze wyglądają perfekcyjnie. Zetkniemy się z prawdziwymi ludźmi i z ich historiami. Będziemy mieć do czynienia z wysoko postawioną panią adwokat, radiowo-telewizyjna sławą, ale i z ćpunem, głupią i drącą mordę sąsiadką, nadpobudliwym policjantem. Do wyboru, do koloru.

Lubię Trish. Nawet bardzo. Tylko jej chłopak to kretyn! 

Relacje między bohaterami także zostały pokazane w bardzo naturalny i dojrzały sposób. Wszystko dzieje się w miarę powoli i bez pośpiechu. Więź, która się między nimi tworzy jest ogromna i czasami umie chwycić za serce. Na przykład relacja, Jess z jej przybraną siostrą Trish, której jestem ogromną fanką. Sposób wprowadzenia na ekrany Lucke’a też nie wydawał się głupi (Nie wiem, jak to w komiksach wygląda, niestety) i jakoś jesteśmy w stanie, bez żadnych problemów stwierdzić, że tak faktycznie mogło być. Nikt nie zakochuje się w drugiej osobie od pierwszego wejrzenia. Jeżeli ktoś ma z kimś utarczki to nie rozwiązuje ich dzięki pstryknięciu palca i placka z jagodami. Będą się tu zdarzać szantaże, zarówno te emocjonalne jak i przy użyciu przemocy fizycznej. Jednym zdaniem: nasi bohaterowie nie owijają w bawełnę.

Jeżeli chodzi o różnego typu detale, takie jak dekoracje, gra aktorska, wizerunek miasta. Nie będę się o nic czepiać. Wszystko jest na wysokim poziomie. Tak, jestem leniem i zamiast rozpisać się co dokładnie mi się podobało, wolę wypić kubek gorącej herbaty. A co, jest 23:20, wolno mi. Ale na poważnie, podobało mi się takie normalne przedstawienie Hell’s Kitchen. W Daredevilu wszystko jest ciemne i mroczne z założenia. Tutaj mimo podejmowania trudnych tematów (jak np. gwałt - kocham tę scenę tak btw.) nie bano pokazać się tego w środku słonecznego dnia. Miasto i pogoda nie są zależne od sytuacji w której się znajdujemy. Często w kreskówkach, zwłaszcza w baśniach, pogoda dostosowuje się do tonu sytuacji. Gdy zła królowa siedzi w zamku niebo jest ciemne, a drzewa nie posiadają liści a gdy Snieżka biega po lesie rozmawiając z ptakami, wszystko jest wesołe i kolorowe. To tak nie działa. Nawet w MCU można zauważyć inspirację tego typu zjawiskami, które mnie osobiście denerwują. Tu tak nie ma. I bardzo dobrze.

No dobra, tak wychwalam ten serial, ale muszę też wspomnieć o paru drobiazgach, które mnie niestety w pewnych momentach irytowały. Na pierwszy ogień idzie Simphson, który był dla mnie jak wrzód na tyłku. Jest jedynym bohaterem, którego nie polubiłam. Jego wątek był dla mnie kompletnie nieinteresujący, a motyw z szalonymi pigułkami wzbudzającymi agresję – szkoda słów.
Miałam też mały problem z niektórymi wspomnieniami Jess. Ogólnie bardzo mi się podobały, bo zostały świetnie zrobione, ale z drugiej strony nie zawsze dany flashback był adekwatny do przedstawianej nam sytuacji. Często bywało tak, że wspominka o jakimś wydarzeniu była w odcinku pierwszym, a znaczenie jej poznajemy w dziesiątym. To szczególnie upierdliwe, gdy musisz sobie przypomnieć o co dokładnie chodziło. Wielka szkoda, że nie pomyślano też o tym, aby zrobić jeden odcinek poświęcony tylko i wyłącznie wspomnieniu Jessicki z okresu, gdy pierwszy raz zetknęła się z Kilgravem. Chciałabym to zobaczyć, a niestety już nie będzie mi to dane.
Jessica Jones w porównaniu do Daredevila rozkręca się dość powoli. Przez co sporo osób może nie przekonać się do niego tak łatwo. Przez pierwsze cztery odcinki jakoś nie czułam jeszcze tego serialu. Dopiero później, gdy akcja trochę się rozwinęła umiałam się mu bardziej oddać. Serial by nie ucierpiał gdyby pozbyto się wątków zapychaczy i skrócono go do np. 10 odcinków. 

Zapytacie się pewnie - To oglądać czy nie? W moim odczuciu serial ogląda się rewelacyjnie. Co prawda początkowe odcinki trochę się dłużą, ale później akcja przybiera tępa i nie można się od nich oderwać. Ostatnie sześć odcinków obejrzałam w jeden dzień, w dzień, który miałam poświęcić na naukę, ale tak się wciągnęłam, że nie dało się odłożyć oglądania na potem. Podstawowe pytanie w tym przypadku jest właściwie jedno. Dla kogo jest to serial? Po pierwsze dla fanów Marvela. Dostanie kolejnej (Po Agentce Carter) damskiej bohaterki to moim zdaniem świetny pomysł i punkt dla wytwórni, że powoli stara się trochę urozmaicić wizerunek (wciąż męskiego) superbohatera w swoim uniwersum. Ale bez obaw, jeżeli nie jesteście fanami MCU także możecie bez problemu po ten serial sięgnąć. Nawiązania są raczej niewielkie i jeżeli już to bardzo dobrze ukryte, więc sprawiają radość fanom, ale nie powodują uczucia zagubienia wśród tych, którzy w komiksach i MCU nie gustują. Jessica Jones jest jednak produkcją dla dojrzałego odbiorcy. Zdecydowanie odradzałabym ją oglądanie osobom niedojrzałym i niepełnoletnim. Wiem, że to brutalne co mówię, ale mam wrażenie, że ten serial mógłby zbyt wrażliwe i młode osoby po prostu zgorszyć. Owszem, jest równie mroczny co Daredevil, (Którego byłabym w stanie polecić nawet szesnastolatkom) ale w zupełnie innych aspektach. Jasne, oba seriale są dość brutalne. Twórcy w obu produkcjach nie boją się pokazać krwi i dość agresywnych walk, jednak Daredevil jest mimo wszystko produkcją dość grzeczną. Matt to zagorzały katolik, ma zasady moralne i nie zabije nawet największego zbrodniarza. Za dnia jest to spokojny i cichy człowiek, który nie chce, aby ktoś się dowiedział o jego prawdziwej tożsamości. Natomiast Jessica jest jego zupełnym przeciwieństwem. Jest bardzo głośna, wrzeszczy gdy tylko nadarzy jej się taka okazja. Nie boi się powiedzieć co myśli, nawet jeżeli będzie to fala pełna przekleństw. W śledzeniu jej życia będą nam towarzyszyły opętania, sceny pełne seksu i odniesień do tej sfery. Więc jeżeli nie czujecie się w tych klimatach zbyt pewnie, to wróćcie do planów oglądania dopiero za jakiś czas. Jessica Jones jest serialem dla ludzi o mocniejszych nerwach. Nie jest to serial łatwy w odbiorze. Pełno tu inwigilacji w ludzki umysł. Takiego rozdarcia wewnętrznego, między tym co chcesz, a co faktycznie zrobisz. To serial o obsesji i o tym do jakich brutalnych rzeczy może doprowadzić. I nie mam tu na myśli tylko Kilgrave’a (Przy którym Kingpin to mała puchata owieczka). To nie są kolorowi Avengersi, to prawdziwe życie, które zbije Cię na kwaśne jabłko jak tylko będzie miało okazję.


Moja ocena to 9/10 i serduszko (Ach to ocenianie wg. filmweba). Zakochałam się w tym serialu na zabój i nie mogę się doczekać na kolejny sezon jak i na The Defenders.